|
Archiwum
Zakładki:
Flickr
Jestem tu gosciem
Moje blogi
Nowo odkryte
Z Kluczykiem
|
niedziela, 29 stycznia 2012
Zapuszczam tego bloga troche. Ale na razie wszystkie moje mysli koncentruja sie wokol jednej sprawy tylko:)) Tamten tydzien minal tak szybko ze nawet nie wiem kiedy:) We wtorek szczepilam Huga. Rany co my przezylismy;) Juz 300m przed gabinetem sie zapieral tak ze szok, gdybym nie byla w ciazy bo bym go wziela na rece zamiast na sile ciagnac;( No ale nie bylo wyjscia... w gabinecie tez nie dalam rady go utrzymac, musial przyjsc meski pomocnik pani weterynarz... jezu jak mi go zal bylo. To tylko jeden malenki zastrzyk a ten odstawia taki teatr a sile bizona nagle ma. No szok. Ze w takim malym psim cialku tyle sily drzemie. Pani zajarzala w uszy, w nos, w oczy w zeby... i na zabach stanelo ze za rok musimy znow odkamieniac... no zobaczymy jak to bedzie za rok. Wogole uwazam ze te szczepienia co rok to jakas glupota... psy po jednym skojarzonym szczepieniu maja przeciwciala przez trzy lata... to po co my je szczepimy co rok pchajac w nie te wszystkie bakterie i ciezkie metale ktorymi szczepionki sa konserwowane? No kasa... tylko nabijanie kasy koncernom farmacetycznym. Ja szczepie Huga raz na dwa lub trzy lata. I nigdy chory jeszcze na nic nie byl. A ma 9 lat. I zostane przy tym schemacie. Dostal jeszcze tabletke na odrobaczenie i wkoncu ktos madry wpadl na pomysl robienia tych tabletek nie w formie bialych i gorzkich pigulek tylko jako psie ciasteczko:) Hugo polknal w sekunde:)) Dwa dni po wizycie byl tez kapany bo mi smierdzial:))) Maz twierdzil ze nie ale mi smierdzial i juz:))) Matko jaki foch.... siedzial w wannie i pomrukiwal z niezadowoleniem:))) Taki malo atrakcyjny tydzien mial moj pies:) Ale czasami trzeba i juz:) W piatek pojechalam do moje kolezanki ktora mieszka kolo polskiego sklepu:)) Kupialam pierogi ruskie i z jagodami:) Te z jagodami wciagnelysmy od razu, z cukrem i kwasna smietana:)) Jesoooo jakie pyszne:))))) I choc nie jestem zwolenniczka gotowcow to te byly przepyszne:) Dla zainteresowanych to firma JAWO:))) Na razie jadlam tylko te z jagodami. Kolezanka jadla z miesem i mowila ze tez dobre:)) Bede musiala wyprobowac:) w piatkowy wieczor poszlymsy do kina na najnowszy film z Goregm Clooneyem... tym ktory jest nominowany do Oskara... serio? No nie wiem czemu on dostal ta nominacje... takie troche flaki z olejem. Dziele filmy na kategorie "warto isc do kina i wywalic 12€" i "absolutnie nie warto isc do kina" no niestety zaliczyl sie do tej drugiej kategorii... ale chcemy isc na nowa komedie z All Pacino i Sandlerem:) Wiec moze bedzie ok:) Wczoraj mnie wzielo na ogorkowa... nie jadlam juz wieki:))) I tez pierwszy raz od wiekow zagescilam lekko zupe maka... matko jaka syta wyszla:))) Mialam wrazenie ze w brzuchu podwojila swoja objetosc... Wyszedl mi caly gar i zaraz przyjdzie mama po polowe bo my nie damy rady zjesc:))) Ale mezowi smakowala:) Choc jadl pierwszy raz:)))) A dzis w planach oponki serowe (u nas sie mowilo caluski) choc zbieram sie juz od dwoch tygodni.... no moze dzis sie uda:) Pogoda taka sobie wiec moze sie ogarne i zrobie:)))) I koniecznie musimy isc na dluzszy spacer bo zgnusniejemy w tym domu:))) Styczen jest naparwde malo atrakcyjnym miesiacem.... dzieki bogu juz sie konczy:)
czwartek, 26 stycznia 2012
Hugo. Temat rzeka. Zaczne od tego ze pojawil sie u nas przez zupelny przypadek. Bylam juz 8 miesiecy w Niemczech kiedy mama zaproponowala krotki wypad do Polski. No to pojechalam. Totalnie bez planu. Na miejscu u nas w Polsce mama zawsze odstawiala auto na parking strzezony i dopiero szlysmy do domu. Ja bylam po 10 godzinach drogi tak wykonczona ze tylko wypakowalam auto i poszlam do domu a mama pojechala na parking. Na drugi dzien rano mialysmy jechac do babci do Szczecina. I norma zawsze bylo ze wychodzilasmy z domu razem, szlysmy po auto i od razu jechalysmy do Szczecina. Tym razem mama zaczela juz przy sniadaniu krecic zebym sie nie spieszyla, ze ona sama pojdzie po auto i po mnie wroci itd. Od razu wiedzialam ze cos kreci. Ze cos na parkingu jest czego nie powinnam zobaczyc. Oczywiscie pchalam sie tam z sila traby powietrznej. Na miejscu sie wydalo. Zobaczcie zreszta same co zobaczylam: Malenka Dolly, od razu jak ja zobaczylam skojarzyla mi sie z Idofixem z Asterixa i Obelixa:)))) Dwie kluseczki od zawsze nierozlaczne:)
Nos w nos:))) Tak sie zawsze bawily:) Taka kotlowanina byla ze ciezko bylo zauwazyc gdzie nogi, gdzie lapki, gdzie glowa i ogonki:)))) Byly przerozkszne:)))) Ciekawskie tez byly:))) Tu wygladaja z tarasu na ulice:) Pod spodem spora przepasc.... jezu jak sie o nie balam:((
jedno z nielicznych zdjec gdzie siedzialy w miare spokojnie:) Takie dwie male wiercipietki byly:))) Dolly szczegolnie:)) Dolly 8 miesiecy:)) A tu robila furore w tym koszyku:)) No nie bylo ludzia ktry by sie nie usmiechnal na ten widok:)))
A tu Hugo 8 miesieczny ze mna na tarasie:) Widac jak bardzo sie zmienil i upodobnil do wygladu jaki ma teraz:))) To na raze tyle:) Moze w weekend uda mi sie dokonczyc:)) Milego ogladania zdjec:))))
środa, 11 stycznia 2012
Obiecuje ze wkrotce bedzie wpis o Hugu:) No dzieki bogu ten nie bedzie smutny:)) Ale tego tyle mam w glowie ze musz ejakos rozsadnie to ubrac w slowa:)))) A on taki slodziak ze to nie bedzie latwe, oj nie bedzie... Dzis w pracy smiac mi sie chcialo... umowilismy sie ze szefem juz kawal czasu temu ze wywala pania sprzataczke a ja w miedzyczasie bede robic tez porzadki. Wymyslilam sobie na to wtorek. Od jakiegos czasu az mi slabo bylo jak mialam isc do lazienki jego corki... najpierw poszlam do niego na rozmowe. Akurat byla przy stole jego przyjaciolka... troche mi glupio bylo ale kto to widzial zeby 14 letnia dziewczyna nie splukala po sobie wanny nie mowiac juz o zaschnietej pascie do zebow... No obrzydliwe. Z dusza na ramieniu poszlam... dzieki bogu przyjaciolka wziela moja strone (hehehe tez musi korzystac z tej lazienki jak u niego bywa) Szef generalnie zadowolony ze wezme sprawy w swoje rece:) Wzielam:) Wzielam ja na strone i jej powiedzialam co o tym mysle, ze to wstyd zeby 14 latka ktora chce byc taka mega dorosla takie cos zostawia po sobie w lazience... i ze dla innych ktorzy musza korzystac jest mega nie przyjemnie. Mi tez, bo ja to musze sprzatac i jesli tak dalej bedzie, bede jej tak zostawiac zeby sama sprzatala i moze wtedy doceni. Strasznie glupio jej sie zrobilo.... i to wlasnie chodzilo, zeby ja zawstydzic. Podziekowala tylko ze nie mowilam tego przy jej kolezance ktora akurat u niej byla tylko ze ja wzielam na bok... No juz taka swinia nie jestem nie?:))) Szef siedzial u siebie i sie cieszyl:))) We wtorek przyszlam i o dziwo... lazienkka czysta:)) Poszlam do szefa mu powiedzeic ze jest ok a ten i opowiedzial ze w poniedzialek nie bylo ok:) Przy kolacji jej powiedzial "wiesz jutro przychodzi Eliza a wiesz jak wyglada twoja lazienka" ponoc jak strzala poleciala sprzatac:))) Dzis przychodze a kolo sofy na podlodze syf.... lupinki po fistaszkach.... no szlag mnie trafil. Polecialam tym razem ja jak strzala na gore i mowie ze tak dalej nie moze byc ze ona sie zachowuje jak 5 latek w chlewie... ze zero szacunku dla mojej pracy itd. Szef walna skruche jakby co najmniej on tam nasyfil i powiedzial ze z nia pogada. Przed chwila na fb wiadomosc od Caro "Bardzo sie przepraszam ze tak nabrudzilam!!!!" az sie glosno zasmialam:))) No musze ja lekko ustawic do pionu bo laska naprawde przegina pale... ojca nie slucha sie wogole!!! Do mnie ma ciut respektu wiec moze uda mi sie ja wyprowadzic na ludzi:))) mam nadzieje tylko ze nie przeginam:) i ze zadziala:) tez bylismy takimi syfiarzami jak mielismy tyle lat???? no jakos sobie nie przypominam.... :)
piątek, 06 stycznia 2012
Wypadaloby cos napisac w nowym roku:) I tak mnie wzielo na wspominki i postanowilam napisac o moich psach. O tych z wczesnego dzeicinstwa, o Hugo, jego siostrze Doly i generalnie o tym jak to sie stalo ze do nas trafily i jak sie dalej potoczyly ich losy... Ostrzegam ze bedzie dlugo, z duza iloscia zdjec, byc moze dygresji i przerywnikow:)) Zawsez bylam psiara. No kocham te stworzenia miloscia bezgraniczna. Zawsze jakiegos mialam:) No nie tak duzo ale zawsze. Moj pierwszy w zyciu pies to Dina. mieszkalam w Szczecinie, chodzzilam do pierwszej klasy szkoly podstawowej i akurat w odwiedziny przyjechala do nas rodzina z Wronek. Bylo milo i sympatycznie a na zakonczenei od cioci bardzo nie wychowaczo dostalam sporo kasy. Tata zapytal co bym chciala za te pieniazki sobie kupic. A ja z wielkimi i rozmarzonymi oczkami wyszeptalam "tato... PSA!" o wiec tata sie dlugo nie zastanawial i na drugi dzien zabral mnei do schroniska. Wybralismy biala mloda suczke z rudymi plamkami. Malo ja pamietam jesli mam byc szczera... szybko nam zachowrowala na nosowke a moze ja juz miala w schronisku i szybciutko od nas odeszla... Musiala byc tylko kilka tygodni bo naprawde pamietam ja jak przez mgle. Potem sie przeprowadzilismy do Gryfina, bylam juz wdrugiej klasie, i moi rodzice poejchali znow do Wronek na slub. Wrocili z czarnym szczeniaczkiem ktory mial brazowa cudowna mordke. Z miejsca dostala imie Dina.... tez byla krociutko u nas... pamietam jak dzis. Wracalam ze nauk do komunii ina klatce schodowej az do naszych drzi na 3 pietrze na kzdym schodku byla krew...od doku do gory krople krwi.... wpadlam do domu i si eokazalo ze Dine przejechal samochod jak moj brat byl z nia na spacerze... pamietam ze siedzialam zaplakana w oknie i patrzylam jak brat i mama ja zakopuja:(((( Te pieski jakos nie mialy szczescia u nas:((( Jak to dzieci plakalismy mamie ze chcemy kolejnego psa ale mam stanowczo odmawiala. W koncu sie okazalo ze nasz sasiadka ma suczke jamnika dlugowlosego i ze Benita wlasni urodzila mlode. Jezu co my wyprawialsimy z bratem zeby przekonac mame. Mama sie zgodzila pod warunkiem ze sami za szczeniaka zaplacimy... wiedziala z gory ze NIGDY nie uzbieramy takiej sumu pieniedzy na rasowego psa z papierami. Pamietam jak dzis kosztowala 9 tys zl. Nie docenila nas:))) Uruchomilismy wszelkie mozliwe sposoby i w ciagu 10 tygodni mielismy gotowa kase:))) Tak trafila do nas Cejta:))) Skad to imie to nie pytajcie:))) Cejta byla przesliczna:))) Wyjatkowo piekny pies to byl:))) Cejta trafila do nas w 1988 to zdjecie musiy byc z 89/90 roku. Jakos tragiczna ale to jedyne dwa zdjecia ktore z nia mamy A tu z moja mama:)) Cejta byla u nas 4 lata, w miedzy czasie urodzila 4 szczeniaczki. Niestety nasze losy rodzinne potoczyly sie dosc burzliwie na czym ucierpielismy nie tylko my ale niestety tez Cejta... Rodzice sie rozwiedli, mama wywalila ojca z domu, wyjechala za granice, ja zostalam odeslana do babci, a brat zostal sam w Gryfinei z psem. Trenowal kajakarstwo i po szkole mial zaraz ternig. Pies siedzial sam godzinami w domu. Wzielismy psa do mnie i do babci. Niestety moja babcia nie tolerowala psow w domu:((( Pamietam ze to byl bardzo trudny okres dla mnie, brak mamy... rozwalona rodzina, i jeszcze wizja straty ukochane psa... Na swieta przyjechal wujek z Niemeic i wpadl na fantastyczny pomysl oddania psa panu Rybarczykowi... sasiadowi z kamiennicy w podworku. Horror to byl dla mnie... widzialam ich jak spacerowali, lazilam tam przez jakis czas, czesalam ja, siedzialam na klatce schodowej trzymalam ja na kolanach i plakalam... i nei bylo nikogo kto by nam pomogl. Mama wziela dupe w troki i wyjechala. Jezu ile ja lez wylalam... i jaka niesprawiedliwosc do swiata czulam. Dzis wiem ze Cejta lepiej trafic nie mogla, u pana Rybarczyka miala jak u pana boga za piecem. Dlugo u niego zyla. Niestety najadla sie trutki na szczury w piwnicy i zdechla... ale zyla jakies 8-10 lat. Cejta byla super psem i pierwszym ktory zagrzal u nas troche miejsca. Jak juz wspomnialam nasze turbulencje rodzinne dotknely i ja i tak sie potoczyly jej losy... Potem byla dosc dluga przerwa z psami w naszym zyciorysie. W miedzyczasie z dziecka wyroslam na pannice i postanowilam ze od babci ze Szczecina wracam do Gryfina. Mialam 13 lat i zamieszkalam z bratem ktory mial 18. Ktoregos dnia wrocil do domu z .... kotem. Kot jak to kot byl fajny i smieszny. Wszystkim si ebardzo podobal. Bratowa stara kociara wpadla na pomysl ze kota trzeba wypuszczac na dwor... no niby trzeba. Wypuszczalismy i jak wracale ze Szczeina ze szkoly kot siedzial w ogrodku saisadki i grzecznie na mnie czekal. Raz nie... nie bylo go trzy dni. Wrocil, chudy, brudny i obdarty. Przez dwa tygodnie nie wychodzil. W koncu poszedl i nie wrocil... dwa tygdonie go szukalam. Nawet w nocy wychodzilam i go sukalam probujac go zwabic szelesem kociego suchego zarcia w kartoniku. Przepadl bez wiesci. Podejrzewamy ze ktos go wzial do domu i zamknal albo wrocil na stare smieci... na bank nei zginal w wypadku samochodowym bo bym wiedziala. Gryfino bylo i jest male. Poszlam do liceum. Musialam dojezdzac do niego do Szczecina. 30 km. Co oznaczalo poranne wstawanie. Nie pamietam dokladnie ale gdzie kolo 1995-1996 lub nawet 1997 trafil do nas Bej:) bym musiala sparwdzic w starym pamietniku ale mysle ze to byl poczatek 1996. Ok sprawdzilam kot byl u nas na przelomie 93/94 a Bej do nas trafil 94/95. Zaczelo sie od tego ze ktoregos ranka szedl za mna caly droge od domu na dworzec pies, podobny do wilczura. Dzis wiem ze to mieszanka wilka z owczarkiem belgijskim byla. Chcial za mna do pociagu wejsc ale jakos udalo mi sie go pozbyc. Wrocilam poznym popoludniem a ten czekal na mne na peronie:))) I poszedl ze mna do domu:)) Sytuacja sie powtarzala przez trzy dni:) W koncu go wzielam do domu na gore bo chcialam dac mu jesc. I tak zostal:) Byl chudziutki jak charcik... Znajomosc zaczelismy od pelnej michy i kapania:))) Kapac sie nei lubil:))) Co ja musialam wyprawic zeby tego slonia zagonic do lazienki i do wanny wsadzic wiem tylko ja:))) Bylo smiesznie:)) Bej-tak go nazwalismy z bratem mial nie wiecej niz dwa lata. Okazal sie mega inteligentnym psem. Ktos kto mial go juz wczesniej wsadzil kupe pracy w niego bo wszystko juz potrafil:) Siad, podaj lapke, jedna, druga, na miejsce, zostan i takie tam komendy wykonywal blyskawicznie. Wystarczylo tylko reka pokazac w kierunku jego poslania i od razu tam szedl. Byl bardzo ufny i na stroza sie nie nadawal:) Dwa razy ukradli mu kaganic z pyska pod sklepem w ktorym robilam zakupy:) Chodzil bez smyczy bo potrafil chodzic przy nodze i czekac grzecznie pod sklpeami na mnie. Niestety nie cierpial malych psow i sie na nie rzucal, stad kaganiec. No i dwa razy jakis dowcipnis mu je ukradl:) Sytuacja byla o tyle wkurzacjaca co komiczna:))) No wielkiem psu ktos kradnie z mordy kaganiec:))) No prosze was:))) Byl ufny przytulak z niego:) Kochal mnie bezgranicznie a ja jego:))) Wszyscy go uwielbiali:))) Bylismy nie rozlaczni:))) Wszedzie mi towarzyszyl:) Najfajniesze byly nasze spacery po polach, wycieczki rowerowe nad jezioro, wspolne kapiele w jeziorze:))) I piekny byl:)) Sami popatrzcie:)) Tu widac jego cudne bursztynowe oczy. Piekny byl prawda? I tak, tak to ja... i tak, tak naprawde mam tu na glowie trwala:)) Grzechy z dziecinstwa:)))) Raz w zyciu tylko:)) Moj ukochany osiolek:)))) Bejus byl boski:))) Robil rozne smieszne rzeczy:) Na przyklad na poczatku jak do nas trafil kradl jedzenie... wszytsko co bylo w zasiegu jego mordki i wzrosto znikalo. Do dzis nie zrozumiale jest dla mnie jak mogla wyparowac z garnka gotujaca sie jeszcze zupa pomidorowa. Gotowalam zupe i sie nagle zorientowalam ze nie mam smietany. Do sklpeu mialam 3 minuty. Zostawialm zupe na ogniu i wyszlam. Bej zostal. Wrocilam a pusty garnek sie juz przypalal.... no jak to mozliwe???? Poparzen nie mial. Do dzis nei wiem. Albo pozeral zamrozonego kurczaka wsadzonego do z zlewu w celu rozmrozenia... juz nie wspomne o tym ze wlasnego talerza np. z kolacja nie wolno bylo spuscic oka:))) Wystarczyla chwila nie uwagi a talerz byl pusty:))) Druga jego sklonosc po kradziezach bylo chowanie tych zdobyczy:))) Co nie zjadl to chowal:)) A to pod poduszke a to za lozkiem... po smrodku sie orientowalam:) Przegieciem byly 40-50 cm kosci ktore mu specjalnie zamawialam u rzeznika pod moja wlasna poduszka.... lub swinskie nozki ktore upychal w rog kanapy i starannie przykrywal poduszka:) Wyciagalam je juz zielone.... Na kazda kapiel reagowal gwaltownym protestem i na pierwszym spacerze demonstracyjnie sie tarzal w smierdzacych rzeczach:))) Uwielbial mojego dziadka i rowna wzajemnoscia:))) Chodzili na mega dlugie spacery i dziadek go tak czesal trzy razy dziennie ze Bej byl o polowe chudszy po dziadkowych wizytach:)))) A klaczyl sie nie milosiernie... Wiec dziadzius go czesal:))) A ten to lubi:)) Niestety Bej mial jedna wade ktora doprowadzila do smutnego konca.... Wyl jak zostawal sam w domu. Wyobrazcie sobie jak wyje wilczur w bloku z wielkiej plyty... no cale osiedle go slyszalo. Sasiedzi byli BARDZO dlugo cierpliwi. Az ktoregos dnia przyszla policja, straz miejska i pani ze spoldzielnie mieszkaniowej... W trybie natychmiastowam mialam sie pozbyc psa. Jakby mnie ktos w twarz zdzielil. Zaryczana zadzwonilam do znajomego i odwiezlismy Bejusia do schroniska... tego samego skad wzielismy pierwsza Dinke. Nawet teraz rycze jak o tym pisze... to byl dramat... dla mnie i dla niego:(((( Co dziennie tam dzwonilam i sie pytalam jak sobie radzi... zle z nim bylo. Uruchomilam wszystkie znajomosci zeby go stamtad jak najszybciej zabrac. W ciagu tygodnia udalo sie. Moj byly chlopak go zabral i umiescil w firmie gdzie Bej mial byc u pana straznika... niestety nie moglam pojchac razem z nim zeby go zabrac ze schroniska bo takie byl warunek exa... ze sie zajmie ale nie bede wiedziec nic:(((( Mial racje, znal mnie i wiedzial e predzej czy pozniej tam pojde zeby go zobaczyc... a to ani dobre dla psa ani dla mnie... tak wiec Bej w marcu 2001 trafil do firmy ktora jak sie okazalo rok pozniej byla jakie 500m od moje firmy gdzie pracowalam:(((( Pojechalam tam po roku bo tak meczylam exa ale sie okazalo ze Bej po miesiacu umarl.... tak za mna tesknil. Jezu do dzis nie moge nawet o tym pisac.... tak mi zal ze zmarnowalam takiego cudownego psa ktory musial umrzec przez to ze mnie kochal.... a ja? ja sie nie moglam pozbierac po tym rozstaniu. Mieszkalismy razem i od poczatku sami we dwojeczke ponad 6 lat i nagle ta pustka... nie bylo rano mordki na lozku i machajacego ogona i rozesmianch bursztynowach oczow, nie bylo po powrocie do domu dzikich skokow i piskow radosci. Nie bylo wspolnych spacerow i wyglupow... wytrzymalam w domu tylko tydzien... wyprowadzilam sie do babci, nie moglam patrzec na moich sasiadow... Szef w pracy mnie wyrzucil z litosci na tydzien przymusowego urlopu b sie do niczego nie nadawalam... zaplakana i zapuchnieta i rolka papieru toaletowego na biurku... ex sie mna zajal. Troche pomoglo ale jesli mam byc szczera do dzis sie z tym nie pogodzilam i do dzis opowiadajac o psie o ogromnym sercu zalewam sie litrami lez... nie potrafie tego ogarnac i mam ogromne poczucie winy, caly czas sie winie ze to przeze mnie... krotko potym jak sie dowiedzialam ze umarl wyjachalam do Niemiec... Wiec w marcu 2001 bylam zmuszona go oddac, w kwietniu 2001 umarl, a ja si eo tym dowiedzialam w marcu 2002 a 1.06 2002 bylam juz w Niemczech.
A potem nastala era Huga i trwa do dzis, juz 9 lat:))) Ale o tym bedzie w drugiej czesci bo emocjonalnie jestem jeszcze przy Beju, oczy mam tak zapuchneite ze nie potrafie pisac dalej. Bedzie duzo zdjec i smiecznych historyjek:) Ide sie do niego poprzytulac i odgonic zle mysli ktore mnie zawsze mecza jak wpsomminam Bejunia. Buuuu od razu przepraszam za byki i literowki ale nie mam sily tego czytac i poprawiac...
sobota, 31 grudnia 2011
Jeeeeeeeeeeeeeeh zostajemy w domu:))))))) Leje jak z cebr acaly dzien i nawet mezowi sie spodobalo wspolne lezenie na kanapie i nie ma ochoty nigdzie isc:))))) Zjedlismy juz pyszne canelloni, ja ustawilam aparat i statyw i mam nadzieje na piekne foty fajerwerkow:))) Pies juz ma schize... trzesie sie jak osika i tak mi go zal... No ale jeszcze kilka godzin i jutro i bedzie po wszystkim. Byly plany ze dzisiaj siedzimy na dupskach w domu? Byly! Byly obiecanki ze NIGDZIE nie wychodzimy bo przeziebienie (maz) ze pies i ze moja ciaza i ze generalnie data do dupy i absolutnie nie do swietowania (rok temu w tym czasie ronilam) ??? Byly!!! I co? No i jak zwykle dupa! Wczoraj zadzwonil nasz przyjaciel czy przyjdziemy do niego bo robi kolacje a ze mieszka doslownie dwa kroki od wielkiego placu gdzie jest dosyc duza miejska impreza to mozemy wyjsc na fajerwerki (uwielbiam kurwa) I bysmy byli tylko w czworke. Maz od razu powiedzial ze ja nie chce ale ze do dzis rana damy mu znac bo ten przyjaciel musi zrobic zakupy jakbysmy przyszli. No ok. Wczoraj wieczorem pomyslalam ze czemu nie? W czworke tylko bedziemy, moge pojechac autem i zaparkowac u niego w podziemnym garazu, moge wziasc psa, moge ubrac moja wygodna welniana kiecke, bez szalenstw:) A przez to ze pojade wlasnym autem zawsze moge wrocic kiedy chce i juz bez czekaia kilka godzina na taksowke. No i dzis rano w lozku rozmowa. A moj maz dzis jak jakis psychol sie zachowuje... no sorry ze musze tak o wlasnym mezu mowic ale tak mnie wytracil z rownowagi ze myslalam ze mu czyms walne. Postawilam jeden warunek ze jedziemy ale w kazdej chwil jak mi bedzie zle to wracam do domu z nim czy bez niego. I sie zaczelo... ze tak, jak on mnie zna to zaraz piec po dwunastej bede chciala jechac do domu... powiedzialam ze TAK jesli sie bede zle czula, nie bede ryzykowac byle tylko posiedziec godzine dluzej... i przez pol godziny jak kretyn sie mnie pytal "potwierdzic???" noz kurwa do sciany mowie??? Po pol gpdzinie stwoerdzilam ze jesli sie nei potrafi zachowac jak facet z jajami to prsze zadzwonic i wszytsko odwolac ja zostaje w domu! I znow kretynskie pytanie"na pewno???" jesoooo: No i wybuchla awantura. Jak zwykle. Zaczal mi wciskac ze nie potrafie podjac zadnej decyzji.... no moj kochany. Pieknei odwrocil kota ogonem. Powiedzialam ze sie nie wdaje z nim w glupie gadki i w psychiczny teror jak ma prpblem z glowa to do lekarza a nie mnie tu denerwowac. Obrazony jak ksiezniczka ( w dupie go mam) wyszedl do fryzjera... A ja? Zrobilam sobie sniadanko, zadzwonilam do Michalela i oczywiscie potwierdzilam.
Kochane szczesliwego nowego roku wam zycze:) Zdrowia i spelnienia marzen:)))
środa, 28 grudnia 2011
Uff i zycie wrocilo do normy:) Niby fajnie ze swieta, niby fajnie ze wolne niby fajnie ze mozna sie lenic do woli... ale ja dlugo nie moge. Lezenie i nic nie robienie wyciaga ze mnie wszystkie sily i po prostu jestem nie do zycia. Wczoraj pol dnia przespalam a dzis juz o 4.30 sie obudzilam bo bylam wyspana a po drugie maz ma zapchany nos i tak ciezko i glosno oddychal ze spac nie moglam. Sylwestra spedzamy w domu, nigdzie nie wychodzimy, nie mam ochoty siedziec w smierdzacej knajpie a potem czekac kilka godzin na taksowke zeby sie dostac do domu. Poza tym to bardzo smutna dla mnie data... i nie mam ochoty na swietowanie tego dnia. Zakopiemy sie na sofie pod kocem i obejrzymy jakis fajny film:) Kolejny powod to Hugo... Boje sie go zostawic samego bo wiem jak on sie panicznie boi fajerwerkow i nie chce zeby bym sam, jesli znow bedzie mial atak to bede przy nim. Szczerze wam sie przyznam ze tez nei lubie fajerwerkow puszczanych przez ludzi... inaczej jest jak gdzeis idziemy i na zakonczenei imprezy jest show zorganizowany przez profesjonalistow... ale nie oszukujmy sie, to mega niebezpieczne i ja sie po prostu boje jak ktos pod wplywem alkoholu lata z rakietami metr ode mnie. No boje sie i juz. I to panicznie. Kilkanasie lat temu ktos rzucil rakiete i wybuchla na glowie mojego brata... dzieki bogu nic powaznego mu sie nie stalo ale rane mial i musiala byc szyta. No dzieki za takie fajerwerki.... poza tym szkoda mi zwierzat. Co te biedne istoty przezywaja to wiedza tylko wlasciciele. Moj Hugo nalezy niestety do grupy tej histerycznie sie bojacej wiec podejrzewam ze juz od dzis lub jutra do poniedzialku az przestana strzelac sie porzadnie nei wyspaceruja a co za tym idzie nie zalatwi... chyba ze bede z nim jezdzic do pobliskiego lasu. No zobaczymy. Musze jakos tak to zorganizowac co by mu zafundowac jak najmniej stresu w te okropne dla niego dni:( Zal mi go jak jasna cholera... ech no jakos to bedzie. Byle do nowego roku:)
niedziela, 25 grudnia 2011
Malo brakowalo a moja wigilia przemienila sie w jedna wielka katastrofe... A wiec... Wszystko zaczelo sie spokojnie. O 9 wstalismy i pognalismy do choinki po prezenty:))) Mikolaj byl w tym roku BARDZO bogaty:))) Zostalam obsypana prezentami:))) Bylo cudnie:)) Potem szybko zrobilam paszteciki i seromakowiec:) Caly czas w pizamie:) Az przyszla chwila na gesi.... natarlam ziolami i przyprawami podlalam glühweinem po czym wsadzilam do piekarnika i poszlam do lozka z postanowieniem ze za pol godzinki przyjde sparwdzic co i jak. Dodam ze mialam dwie gesi... wsadzilam je na ta kratke w piekarniku a pod spod wsunelam blache. Po 20 min cos mnie tkenlo i poszlam do kuchni... a w piekarniku czarny dym:)))) Tluszcz z gesi wyciekal bokami i palil sie na dnie piekarnika. Panika. Szybkie przeanalizowanie sytuacji i blyskawiczna reakcja. Zamknelam drzwi od kuchni, okno otwarzylam na osciez, wylaczylam piekarnik, wyciagnelam gesi i ucieklam z kuchni:))) Szybko wyskoczylam w pizami i polecialam do moejej tureckiej sasiadki. Uratowala mi wigilie:))) A co sie nasmialysmy:)) Totalnie wyluzowana wlaczyla swoj piekarnik, dala mi blache a ja polecialam po ges:))) Przelecialam sie po schodach z drobiem i juz siedziala nasza gaska u sasiadki w piekarniku:))) Na tych schodach z ta gesia zlapala mnie taka glupawke i tak zarazilam nia moja sasiadke ze sie poplakalysmy ze smiechu:)))) W domu szybkie mycie piekarnika i blachy i druga ges w spokojuz sie zaczynala piec:) Maz mi zafarbowal wlosy, zajal sie zastawa i szklem na stole a ja w spokoju sie szykowalam w lazience:) Punk 18 przybyla rodzina meza z Odenwald:) pare minut pozniej moja mama z mezem. Wystrojona w najnowsza kolekcje swarowskiego (prezent od meza) i oczywiscie nei zadowolona z tego prezentu... z usmiechem na ustach powiedzialam jej ze ma za duzo w dupie i ze jej sie tam juz poprzewracalo:) Ona wyluzowana mi przytaknela. No coz... szkoda mi jej ze sie taka stala, sama sie zrobila nieszczesliwa... W kazdym razie wszytsko sie super udalo:) Barszczyk ktory myslalam ze przekawasilam byl przepyszny a paszteciki znikaly jak cieple buleczki:)))) Gaska sie rozplywala w ustach i wszytsko bylo przepyszne:) Pekalam w szwach:) Rodzina od razu sie zorientowala ze cos nie teges bo pilam wode:) Potwierdzilismy i wszyscy sie bardzo ucieszyli:))) Goscie sie rozeszli kolo 1.30 a ja z miejsca wskoczylam w pizamke i do wyrka bo jakos takie brzuch napiety mialam. I nie wiem czy z ilosci zjedzonych przypraw, wypitej wody czy po prostu z przemeczenia. Hormonki zaaplikowalam i momentalnie bylam gotowa do snu ... ale nie. Hugo dostal ataku... taki krociutki i spokojny ale mimio wszystko godzina uspokojania psa. Juz pod koniec nie mialam sily i poprsilam meza zeby sie nim zajal a ja sie odwrocilam na drugi bok i blyskawicznei zasnelam. Dzis lezymy, jemy pysznosci, i ogladamy swiateczne filmy:) Mama przyszla na chwile i nas zaprosila na jutro na obiad:) Losos pieczony :))))Mrrrr:))) A j alece odgrzewac gaske z kasztanami:) Milych dni swiatecznych wam zycze:)
sobota, 24 grudnia 2011
W domu już nam pachnie Bożym Narodzeniem, Zyczy Listopadowa:)
Nie wiem jak u was ale podejrzewam ze podobnie:) Od rana nie zdazylam wyjsc z pizamy i siedze w kuchni:))) Byscie mnie widzialy potargana i w pizamie w Kubusia Puchatka:)))) Paszteciki pachna tak ze az mnie skreca:)) Maz ma juz gwiazdki w oczach z radosci:))) Seromakowiec siedzi juz piekarniku i za pol godzinki bedzie gotowy potem zrobie tylko bita smietane na gore i do lodowkim, mama nadzieje ze bedzie dobry bo sernik umiem ale seromakowiec to debiut dzisiaj u mnie:) gesi zaraz sprawie i o 14.30 wedruja do piekarnika a ja do 18 mam wolne:)))) Zycze wam pysznej kolacji w gronie najblizszych a potem odpoczynku i jeszcze raz odpoczynku:))) Buziaki dla calego swiata, gdziekolwiek jestescie:))))
wtorek, 20 grudnia 2011
Ha! Dzis w nocy cicho i po czarodziejsku spadl snieg:) przykryl puszystym puchem cale miasto i sypie nadal ogromnymi platkami:) A ja sie zastanawialam po przebudzeniu w srodku nocy dlaczego Hugo siedzie na lozku i patrzy w okno:) On juz wiedzial:))) My jeszcze nie:))) On zawsze wie,jak jeszcze mieszkalismy u dziadka to wychodzilismy z nim w srodku nocy co by sobie polatal po swiezutkim sniegu:))) Uwielbia to:)) A ja z kolei lubie mu robic takie przyjemnosci:))) Bo uwielbiam obserwowac jak lata po sniegu i wywija wlochata dupka:))) Pieknie sie zrobilo:) W domu sie swieci choinka, za oknem tez stoi piekna kolo domu stracow, snieg pada... jestem w ciazy:) Rany caly swiat moglabym obdarowac dzis pozytwna energia:)))) Zaczynam czuc magie swiat:) Wczoraj zadzwonilam do mojego szefa i poprosilam go o dzien urlopu:) Powiedzialam dlaczego:)) Sie bardzo ucieszyl:))) Ech pieknie jest i wszytsko co mnie denerwowalo w ostatnich tygodnie juz ni ejest wazne:) Ciesze sie na te swieta:) Szczegolnie na pierszy i drugi dzien swiat:) Bedziemy sami, lezec, spac, ogladac telewizje i podjadac samkolyki swiateczne:) Jak bedzei ladnie to chodzic na dlugie spacery z Hugusiem:) Tydzien po swietach mam caly wolny:)))) I juz sie ciesze na sama mysl:)))) Ale sobie odpoczne:))))) Milego dnia moi kochani:))) |